Kocie kino. Pięć filmowych prze-kotów

Walczymy z uprzedzeniami dotyczącym kina artystycznego wszystkimi sposobami. Tym razem naszym orężem będą koty.
Dobra, skończmy z tą dezinformacją raz na zawsze: kino artystyczne naprawdę w znakomitej większości nie wygląda jak kilkugodzinny zapis z wypasania kóz. Nie trzeba robić z niego notatek, nie trzeba uzbrajać się w cierpliwość. Potrafi być ono lekkie jak piórko, zostawiać uśmiech na twarzy i wypełniać podstawową ludzką potrzebę oglądania słodkich zwierzątek.
Oto pięć dowodów na to, że najwybredniejsi kinomani świata też mają słabość do kotów. Objawia się ona w różnych formach, więc w zestawie są animacje, dokument, klasyka kina oraz wybitny polski tytuł – same filmowe prze-koty.
Z kotem na koniec świata. „Flow” (2024)
Powódź? Tego nie robi się kotu. Koty nie lubią wody, a co dopiero, żeby być wrzuconym na głębokie wody bliżej niepoznanej katastrofy (...kotostrofy?) pochłaniającej świat. I to płynąc łódką z gromadką innych zwierząt – miejcie litość! Czarny futrzak z „Flow” nie ma lekko, ale właśnie jego zmagania, dostarczyły film niezwykle piękny i wzruszający. Do wzbudzania zachwytu nie potrzebuje ani jednej linijki ludzkiego dialogu, za to wielu miauknięć.
„Flow” zdobył Oscara i Złoty Glob za najlepszy film animowany. Łotewski twórca Gints Zilbalodis stworzył go z mikro-zespołem w darmowym programie Blender, co samo w sobie jest dobrym dowodem na to, że arthouse nie musi kosztować fortuny, żeby zapierać dech w piersiach.
Chłopaki, przytulajcie koty! „Kociarze” (2022)
Kojarzycie taki obrazek w internecie, który pokazuje jak zachowuje się przysłowiowy „ojciec”, który nie chciał kota, po tym jak zwierzak pojawił się już w jego życiu? „Kociarze” to dokument o mężczyznach i ich kotach, w którym każdy bohater ma inną historię i innego futrzaka. Wspólnie mierzą się z wyzwaniami – między innymi z pandemią. Jeśli ktoś potrzebuje dowodu, że czułość i męskość wcale się nie wykluczają, niech obejrzy jak opiekuńczy i pełni miłości są oni wobec swoich zwierząt.
Nie ma tu wielkiej tezy socjologicznej, jest za to mnóstwo prawdziwych, nieco rozczulających scen, w których twardziele topnieją na widok zwierzaka śpiącego im na klatce piersiowej. Och, jak silne są więzi łączące mężczyznę i jego kota.

Folk, rudy dachowiec i bracia Coen. „Co jest grane, Davis?” (2013)
A teraz coś z zupełnie innej beczki, choć wciąż z kotem w roli głównej. Bracia Coen w „Co jest grane, Davis?” śledzą tydzień z życia nieudolnego, ale ogromnie utalentowanego folkowego muzyka z Greenwich Village początku lat sześciesiątych. Rudy kot towarzyszy mu przez cały film jak wyrzut sumienia na czterech łapach – ktoś, za kogo trzeba wziąć odpowiedzialność, choć sam bohater ledwo radzi sobie z własnym życiem.
Bardzo trudno o samym filmie pisać tak, żeby nie zepsuć zabawy z oglądania. Wiele rzeczy niech pozostanie w milczeniu, ale wspomnieć folkową muzykę, mogę młodego Oscara Isaaca i absurdalnie zabawnego Johna Goodmana i to, że w kota wcieliło się w sumie sześć różnych rudych kotów. Podobno każdy z nich był odpowiedzialny za inne zadanie, bo jeden potrafił spokojnie siedzieć w metrze, inny uciekać, a jeszcze inny być trzymany na rękach.

Japoński koci duch. „Anzu. Kot-duch” (2024)
Takimi filmami rozbudza się w młodych widzach miłość do kina. Osierocona Karin trafia pod opiekę ogromnego, leniwego kota-demona, który ma w sobie coś Big Lebowskiego. Notorycznie przekracza limity prędkości na skuterze, ma skłonności do hazardu i co rusz rzuca jakąś słowną grą. Dziewczynka, która straciła matkę i niegdyś porzucony Anzu spędzają ze sobą wakacje, w których chce się im towarzyszyć.
Tę japońsko-francuską animację pokazywano na Quinzaine des Cinéastes czyli sekcji towarzyszącej festiwalowi w Cannes, skupiającej kino autorskie. Mieszanka rysunku 2D z techniką rotoskopii (w której przerysowuje się ruch zarejestrowany wcześniej kamerą) daje obraz ciepły, trochę niedbały, momentami bardzo zabawny.
Kot w roli głównej. „Zimna wojna” (2018)
No dobra, już bez żartów, przecież każda lista o kinie niezależnym potrzebuje czarno-białego dramatu. My wybieramy ten o miłości rozdzieranej przez żelazną kurtynę przez dwie dekady, ten sam, który sprawił, że do dziś oczy się szklą przy piosence „Dwa serduszka, cztery oczy”. Zaraz, zaraz! Ale gdzie tam jest kot, pytacie? Nie trzeba go długo szukać, jest na ekranie niemal cały czas. Przecież w „Zimnej wojnie” Pawła Pawlikowskiego, u boku Joanny Kulig, główną rolę gra Tomasz Kot.
Chcemy, by ten film zobaczyli absolutnie wszyscy, więc potraktujemy to za dostateczny powód by wyszczególnić go i tutaj.